Wróciwszy do domu, wysłuchał sprawozdania dozorców i wy¬dał zalecenia na dzień następny. Dozorcę załogi łódek przyjął również, jak co wieczór, ażeby upewnić się, czy welboty wciągnięto na brzeg i przymocowano. Ostrożność ta była nieodzowna, albowiem czarni żyli w panicznym strachu przed zarazą i pozostawienie na noc wolnej łodzi na brzegu znaczyłoby stratę dwudziestu czarnych. Ponieważ zaś każdy wart był po trzydzieści dolarów sztuka (albo mniej zależnie od, ilości przepracowanego już czasu), plantacja dotkliwie odczułaby stratę. Poza tym, welboty na wyspach Salomona nie były również tanie. Zresztą, śmierć zmniejszała codziennie kapitał obrotowy plan¬tacji. Siedmiu dzikich zbiegło przed tygodniem do dżungli, czterej wrócili, obezwładnieni przez febrę i donieśli, iż dwaj ich towarzysze pozostali w żołąd¬kach gościnnych buszmenów.