Ukazał się długi, niski barak z trzciny sklecony i trzciną kryty. Stamtąd to właśnie rozbrzmiewały przeraźliwe głosy, wrzask skargi i rozpaczliwe krzyki nieznośnego bólu. Zbli¬żywszy się, biały odróżnił jeszcze ciche, lecz przeciągłe jęki i rzężenia. Zadrżał na myśl, że trzeba wejść. Przez chwilę był bliski omdlenia. Albowiem najstrasz¬liwsza plaga wysp Salomona dyzenteria nawiedziła plantację Beranda. Zwalczać ją miał sam jeden. Na domiar złego, był również chory. Zbliżywszy się przesunął się z trudnością pod niskimi drzwiami. Wyjął bu¬teleczkę z rąk czarnego chłopca i powąchał mocnego amoniaku, żeby oprzytom¬nieć przed oczekującą męką pracy. Potem krzyknął milczeć! Hałas ucichł nieco. Drewniany, lekko pochylony tapczan, na sześć stóp szeroki, ciągnął się przez całą długość baraku. Pomiędzy tapczanem a ścianą pozostawiono jardo¬we przejście. Na wyrku leżało ze dwudziestu czarnych, stłoczonych do kupy. W przekłutych chrząstkach nosa tkwiły koła z muszli lub żółwiej skóry, z końca zaś przewierconych nosów sterczały całe rogi paciorków nanizanych na dru¬ty.