Kąt, w którym stało posłanie, pogrążony był w półmroku, lecz lampa, wisząca w obszerniejszej części tuż nad bilardem, świeciła jasno. Werandy również oświetlone były doskonale. Czekał bez ruchu. Wiedział już: kilku ludzi skrada¬ło się po schodach. Kto tam? - krzyknął ostro. Dom, wzniesiony o dobre dwanaście stóp ponad ziemią, zadrżał na palach fundamentów od tupotu pierzchających nóg. Zhardzieli zanadto - mruknął biały. - Należy coś przedsięwziąć. Pełny księżyc wypłynął ponad Malaitę i rozświecił Berandę. Nie drgnęło nie¬ruchome powietrze. Ze szpitala po dawnemu dochodziły jęki. W trzcinowych barakach dwustu wełnistowłosych ludożerców spało po całodziennym znoju. Od czasu do czasu jakaś głowa podnosiła się z tapczanu, żeby słuchać stłumio¬nych przekleństw. Pojedynczy głos klął białego człowieka, tego, który nie śpi nigdy.