Na głowie trząsł mu się zniszczony i zgnieciony stetson zwany popularnie kapeluszem Baden-powella. Pas z ładownicami pełnymi nabojów dopełniał stroju. Za pasem tkwił automatyczny rewolwer dużego kalibru i kilka zapasowych magazynków nabitych i gotowych do użytku. Za oryginalnym wierzchowcem szedł czarny chłopak lat czternastu-piętnastu, niosący butelki z lekarstwami, wiadro gorącej wody i trochę innych przy¬borów szpitalnych. Kawalkada opuściła ogrodzenie przez małą plecioną furtkę i posuwała się w palącym żarze słońca między rzędami świeżo posadzonych, nie rzucających jeszcze cienia palm kokosowych. Najlżejszy powiew wiatru nie odświeżał rozgrzanego, nieruchomego powietrza ciężkiego od zaduchu zarazy. Z kierunku, w którym dążyli, dochodziło wycie tak dzikie, że przypisać je można jedynie ciałom torturowanych lub duszom potępieńców.