Pośrodku tapczanu umierał jeden dziki. Biały polecił, żeby go wyniesiono, jak tylko wyda ostatni oddech. W tej chwili wełnista głowa wsunęła się przez drzwi. Cztery czarna człowiek być chora za bardzo. Nowe cztery ofiary, stojące jeszcze na własnych nogach, wsunęły się do baraku w ślad za swym zwiastu¬nem. Biały wybrał najsłabszego i położył na miejscu świeżo sprzątniętego tru¬pa. Drugiemu z kolei polecił czekać, aż umrze następny. Potem nakazawszy jed¬nemu ze zdrowych przywołać z pola odpowiednie siły i zbić na poczekaniu dobudówkę do szpitalnego baraku, ruszył dalej wzdłuż tapczanu, rozdzielając lekarstwa i rzucając żarciki w angielskim bechede mer dla rozweselenia cier¬piących. Z drugiego .końca zabrzmiało znowu przeraźliwe wycie. Doszedłszy tam, przekonał się, że ryczał młody chłopak, zupełnie zdrowy. Wściekłość bia¬łego nie miała granic.