Na czterech werandach pawilonu płonęły latarnie. W komnacie, między strzelbą a rewolwerem jęczał biały człowiek w niespokojnym śnie. Nad ranem Dawid Sheldon pojął, że czuje się gorzej. Nie ulegało wątpliwoś¬ci, że osłabł, poza tym istniały inne jeszcze niepożądane symptomy. Rozpoczął obchód poranny z tajoną nadzieją, że trafi na zarzewie buntu. Pragnął tego. Naprężona sytuacja byłaby niepokojąca nawet przy zupełnym zdrowiu właściciela. Wobec tego jednak, że Sheldon ledwie "powłóczył nogami, należało za¬wczasu coś przedsięwziąć. Czarni stali się zuchwali i wyzywający, a ich wtar¬gnięcie w nocy do pawilonu - przewidziane w kodeksie plantacji jako jedno z najcięższych przestępstw - było objawem groźnym. Prędzej czy później targną się na władzę, jeśli Sheldon nie zdąży zawczasu zapobiec temu, wypaliwszy raz jeszcze w ich ciemnych duszach krwawe znamię panowania białego człowieka.