Długą chwilę trwało milczenie. Biały czekał niecierpliwie. Może Jessie, może nie Jessie usłyszał nieśmiałe powątpiewanie. Biały doczołgał się do brzegu posłania, po czym zsunął na podłogę. Wspiera¬jąc się o fotel, wstał z wolna. Uczepiony rękami poręczy fotela, przenosząc nań ciężar swego ciała, sunął mebel ku drzwiom werandy. Pot wysiłku oblał mu twarz i zwilżył koszulę na ramionach. Chory opadł ciężko na fotel i chwytał oddech w półomdleniu. Po upływie kilku minut przyszedł do siebie. Murzynek trzymał teleskop, oparłszy go o poręcz werandy. Biały spoglądał uważnie. Od¬nalazł wreszcie na horyzoncie białe żagle szkunera i obserwował je przez chwi¬lę. Nie Jessie wyrzekł bardzo spokojnie. - To Malakula. Przeszedł mozolnie z fotela na leżak okrętowy. W odległości trzystu stóp od werandy morze łagodną falą biło o płaski brzeg. Na lewo ujrzeć mógł białą smugę pian, odcinającą mieliznę przy ujściu rzeki Balesuna, wyżej zaś ostre za¬rysy wyspy Savo.