Jeden sarknął coś pod nosem, podnosząc trupa za nogi. Biały natychmiast wybuchnął słowem i czynem. Zdobyć się musiał na boles¬ny wysiłek, strzelił Murzyna na odlew w twarz. Jaka imię ty rozwierasz pysk, Angara? krzyknął. Ja tobie wybić szybko, szybko! Z automatyczną zwinnością dzikiego zwierzęcia czarny sprężył się do skoku. Wściekłość rozjuszonej bestii kryła się w oczach. Dostrzegł jednak, że dłoń bia¬łego chwyciła rewolwer u pasa. Skok nie nastąpił. Sprężone ciało zmiękło; czar¬ny pochylił się nad trupem i pomógł wynosić. Tym razem bunt został poskro¬miony. Świnie! - zgrzytnął biały. Chory był, bardzo chory, równie chory jak leżący bezwładnie czarni, których leczył. Nie wiedział nigdy, wchodząc do zakażonego baraku, czy starczy mu sił na obejście wszystkich. Wiedział za to z całą pewnością, że jeśli kiedykolwiek padnie zemdlony pośród tej tłuszczy, wszyscy żywi i półżywi rzucą mu się do gardła, niby rozjuszone wilki.