Biały człowiek był bardzo chory. Dosiadł właśnie pleców wełnistowłosego murzyna, którego przekłute uszy wyciągano ongiś nader zawzięcie, jedno bowiem miał naddarte, w drugim tkwił krągły kawałek rzeźbionego drewna, o średnicy trzech cali. Strzęp zawisłego ucha przedziurawiony został raz jeszcze, ale już widocznie dla zaspokojenia własnej ambicji, dzierżył bowiem krótką drewnianą przepięknie zdobioną fajeczkę. Człowiek, który robił za konia był bardzo brudny, lśniący od tłuszczu i nagi, jeśli nie brać pod uwagę nadmiernie wąskiej i niechlujnej ściereczki, otaczającej biodra. Pomimo to biały lgnął do niego mocno i rozpaczliwie konając z bólu. Niekiedy nawet chylił głowę z osłabienia i opierał bezwładnie na wełnistej grzywie. Czasami podnosił czoło i zamglonymi oczyma wodził po wierzchołkach palm kokosowych, kołyszących się sennie w drżącym upale powietrza. Ubrany był w ciasną koszulę i kawałek bawełnianej materii która otaczając biodra spływała do kolan.